Dziewczyna z zapałkami

Hanna, bohaterka książki Anny Janko „Dziewczyna z zapałkami”, to przede wszystkim bardzo zagubiona kobieta. Czytając kolejne karty powieści odnosiłam wrażenie, iż wszelkie smutki, niepowodzenia, bolączki matek i żon, zostały tu skumulowane w jednej postaci. 
Hania, poetka, żyjąca w czasach PRL-u, zostaje żoną, matką, opiekunką zwierząt domowych… Na to co miłe brakuje czasu. Przychodzi rozżalenie, smutek i okrutna samotność. Samotność wśród ludzi, samotność przy mężu, dzieciach. Pojawiają się rodzinne awantury, przytyki teściowej, brak zrozumienia, alkohol… Paweł, mąż Hani, bardzo irytująca postać, nie potrafi przeciwstawić się zaborczej mamusi, dzieci mu przeszkadzają, w domu jest gościem z dużymi wymaganiami. 
Hania grzęźnie w małżeństwie jak w celi bez okien. Bez okien, bo nawet marzenia przychodzą coraz rzadziej w tym bezsensownym życiu. Nie potrafi sprostać problemom, zatraca się sama w sobie, nie potrafi powiedzieć DOŚĆ! Czy tkwi w tym do końca? Tego nie napiszę. 

„Dziewczyna z zapałkami” – typowo kobieca literatura, napisana pięknym językiem i choć raczej nie trafi na listę bestsellerów, warto po nią sięgnąć. Pokazuje, iż czasem warto pójść za głosem serca, a nie rozsądku, pomyśleć bardziej o sobie niż o innych, zrobić drastyczny krok ku… szczęściu. Coś zrobić, zamiast tkwić do końca w wyniszczającym marazmie. 
Garść cytatów:
„Jakże trzeba poganiać życie, żeby łaskawie żyło! Zabieramy to życie na spacer, aby się przewietrzyło. Karmimy je, żeby nie osłabło. Kładziemy do łóżka, by się wyspało, albo kochamy się z kochankiem, aby to życie dotknęło w sobie czegoś, owej tajemniczej energii, która je uskrzydli i rozpali! Na chwilę. A na co dzień ciągniemy je za sobą, jak dziecko worek z kapciami…”

„A w domu tylko cisza mieszka. Na imię Cisza, na nazwisko Zupełna. To ona mu otwiera.”


„A moja kariera?
Spojrzałam w lustro. Proszę, oto moja kariera, duża i okrągła. Kariera młodej obiecującej poetki z Sopotu, autorki trzech tomików wierszy i dwójki dzieci, trzecie w trakcie „pisania”… A oto plan pracy poetki: doprawić zupę, nakarmić dziecko numer dwa, umyć podłogi, powiesić pranie, nastawić następne, dalej szycie na maszynie (jeszcze dwadzieścia pieluch dla dziecka numer trzy). Ewentualnie pięćdziesiąt stron Wyniosłej wieży Barbary Tuchman. Jakie pięćdziesiąt?! Dobrze jeśli nie zasnę przy dziesiątej!
Nasze kariery… Może to my sami się ich boimy i szukamy pretekstu, by je ominąć? W żelaznych butach, z miną oszukanego przez los, cierpiącego, rozczarowanego ktosia, brniemy przez życie, dołem, a „kariera” gdzieś w górze, zwierciadło, niedosiężne, które odbija wciąż twarze innych, szczęśliwszych ludzi.”

„Nie umiem już pisać wierszy. Może i byłaby to jakaś homeopatia, trucizna na truciznę. Ale czy tak zgniła dusza jak moja jest w stanie wyzdrowieć od własnego wierszyka? Muszę pisać prozę. Muszę złapać to własne życie za gardło i coś z niego wydusić. Na przykład książkę pod tytułem Żonidło, albo Konfitura z estrogenów, albo Królowa psów… 
Wczoraj mój synek przyłożył mi do głowy, jak aureolę, psią miskę, i zawołał: Koronuję cię na królową psów! 
No i jak ja się poczułam? 
Rozejrzałam się po dekoracjach: gar psiej kaszy na piecu, obok furkocze sokownik z jabłkami, talerz utartej marchwi na szafce, na stole worki z mrożonym mięsem (dla psów) i półmisek kanapek z serem i pomidorem (dla dzieci), wiadro ze ścierką pod oknem, w ręku drewniana łyżka, kopyść po prostu. Mała Rózia majta nogami na krześle i kaszle „szczekająco”, bo ma alergię, w przedpokoju dwa łby wpatrzone badawczo w każdy mój ruch, bo czas się nawarstwia, napięcie rośnie i kolacja już blisko. Koty także trzymają się blisko, na wszelki wypadek, gdyby coś spadło na podłogę… 
Chciałabym zawołać: Boże! Zmień kanał! Ja już nie chcę oglądać tego filmu! 
Królowa psów! 
Królowa, w sukni z nędzy, w pantoflach ze znoju…”

„Pospolitość. To jest w istocie pustynia serca. To jest w istocie prawdziwa samotność. Bez cienia wzniosłości. Najgorsza z możliwych, bo tracisz nawet siebie samą.” 


„Dwa metry wzrostu, duży fiut, ale głowa nieustawna i serce słabo oświetlone…
Śmiesz powtarzać mi, że wydaję twoje pieniądze?! Że utrzymujesz cały dom?!
Gdybym ci wystawiła rachunek, to nie byłbyś w stanie nie tylko go spłacić, ale nawet pojąć tego bilansu!
Rachunek za ciąże donoszone i niedonoszone, za ciężkie porody, za choroby wynikłe z faktu bycia twoją kochanką oraz matką twoich dzieci; rachunek za rozkosz zbyt błahą i za kilka gwałtów; za samotność we dwoje, za banał straconych złudzeń i niespełnionych nadziei, rachunek za sprofanowane święta i za jałowy dzień za dniem; za mój gniew i twój krzyk; za odmowę współistnienia, za utratę miłości, za starość w środku życia…
Zostawię ci ten rachunek na stole w kuchni.
Już niedługo.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *