Herbata zielona z rokitnikiem

Trafiają do mnie różne herbaty, czasem będąc na zakupach pokuszę się o coś bardziej popularnego, lubię sprawdzać oferty różnych producentów i dystrybutorów, zaopatrujących popularne markety. Wiele razy przekonałam się, że kiedy jakaś nowa marka wchodzi na rynek, herbaty są całkiem, całkiem. Z czasem różnie to bywa, i to co było dobre, już nie jest. Nie jest to regułą, ale sama się z tym zetknęłam co poskutkowało zdecydowanym ignorowaniem danego produktu.
Jednym z dostawców, którzy jeszcze jakoś trzymają się w miarę dobrej jakości jest Taheebo, choć nie bez zastrzeżeń.

Ostatnio postanowiłam sprawdzić jak smakuje zielona Gunpowder z dodatkiem rokitnika. Oczywiście od razu zauważyłam, że w składzie jest aromat, czyli można spodziewać się intensywnego zapachu i smaku, być może zagłuszającego to, co ma do zaoferowania sama zielona herbata.
Dlaczego wybrałam rokitnik?
Jest bardzo zdrowy, a według opisu na opakowaniu jest go w mieszance 13 %, czyli całkiem sporo, ale nie na tyle dużo, aby nie była to już herbata. O właściwościach leczniczych nie będę się rozpisywać, bez problemu znaleźć można informacje w internecie. A jest ich sporo i to nie tylko leczniczych, warto się zainteresować.
Wracając jednak do wspomnianej herbaty, tak jak się spodziewałam, aromat jest stanowczo zbyt intensywny. Niestety dla mnie znowu posmak landrynkowaty. Jedyna na to rada, zrobić obowiązkowo pierwsze płukanie listków z wylaniem zawartości do zlewu. Ponieważ herbaty zielone często właśnie tak się parzy, nie będzie w tym nic nadzwyczajnego, a tym bardziej złego. Wręcz przeciwnie, 20 sekund „mycia” odrobinę łagodzi aromat. Przy pierwszym, właściwym parzeniu, aromat jest jeszcze mocno wyczuwalny, dopiero przy drugim bardziej zanika.
Prawdę mówiąc nie dziwi mnie stosowanie sztucznych aromatów, każdy stara się wychodzić na przeciw konsumentom, a z tego co sama zauważyłam, znacząca ich większość lubi właśnie bardziej wyraziste smaki. Zwykła, bardzo delikatna zielona herbatka, jest dla nich… bezpłciowa? A może inaczej, mdła, niewiele różniąca się od ciepłej wody.
Ma to również odbicie w potrawach, które spożywamy. Czasem można mieć wrażenie, że je się chili a nie mięso z jego dodatkiem. Przesadne używanie przypraw, szczególnie tych bardzo aromatycznych, w dużym stopniu niszczy smak podstawowego składnika. W knajpach jest to czasem zabieg celowy, skoro mięsko było niezbyt świeże, trzeba je jakoś poprawić, a konsument? No cóż, czasem bierze to za dobrą monetę i… nowy trend w sztuce kulinarnej. Podobnie może mieć się sprawa z herbatami, kiedy kiepskiej jakości susz jest wzbogacany aromatem. Oczywiście nie twierdzę, że jest to częsty proceder, ale teoretyzując, całkiem możliwy.
Pisząc tych klika słów nieco krytycznych, nie mam na myśli opisywanej dzisiaj herbaty. Prawdę mówiąc trudno jest ocenić smak zielonej herbaty, pachnącej czymś innym. Sam susz wygląda dobrze, pozwijane duże kawałki listków, mało uszkodzone, kolor też właściwy. Dodatek aromatu… według mnie zbędny.
Na szczęście firma ma w asortymencie herbaty bez dodatków, choć w mniejszości. Po taką pewnie sięgnę, a rokitnika mogę sobie kupić oddzielnie i dodać według własnego uznania. Zresztą wspominałam już chyba nie raz… chcesz herbatę z dodatkiem? Pomieszaj sobie sam! Nie oczekuj jednak „wybuchu” aromatów po otworzeniu puszki z mieszanką. Chcesz silnych doznań zapachowo – smakowych, kup gotową i sztucznie aromatyzowaną mieszankę.
Jak to dobrze, że mamy teraz taki wybór!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *