Lek. Nauka o wpływie umysłu na ciało

Po małej przerwie na lekturę lekką, łatwą i przyjemną, czas wrócić do czegoś poważniejszego, i jak to ostatnio u mnie bywa, związanego z naszym cudownym i tajemniczym umysłem.

Jo Marchant, doktor genetyki, mikrobiologii medycznej oraz dziennikarka naukowa, w swojej książce „Lek. Nauka o wpływie umysłu na ciało” odpowiada (na ile to możliwe) na trudne pytania związane z wpływem naszych umysłów na stan zdrowia. Niczym detektyw rusza śladami naukowców, przeprowadzanych badań i przybliża nam najnowsze wyniki i odkrycia odpowiadające na wiele pytań nurtujących pacjentów i część środowiska medycznego. Sprawdza umiejętności naszego mózgu w walce z chorobami, czy jest to w ogóle możliwe? Czy homeopatia, medytacja, reiki, hipnoza i przede wszystkim placebo może pomagać?

Na pierwszy ogień idzie placebo. Przyznaję, że osobiście wierzę w to, iż podawana choremu (bez jego wiedzy) substancja obojętna, może zadziałać. Problem w tym, że jest to mało etyczne, o czym czytamy w książce:

„Na pierwszy rzut oka placebo wydaje się więc magiczną pigułką, remedium o szerokim spektrum korzyści, nie mającym skutków ubocznych i praktycznie darmowym. Jest z nim jednak pewien zasadniczy problem, który sprawia, że nawet lekarze uznający siłę placebo nie znajdują dla niego roli w medycynie. Zawsze zakładano, że aby placebo zadziałało, lekarz musi skłamać pacjentowi, musi wmówić mu, że ten przyjmuje prawdziwy lek, aktywny lek. Krytycy twierdzą, że niezależnie od potencjalnych korzyści płynących ze stosowania placebo, nie warto narażać fundamentalnej więzi między pacjentem a lekarzem na zerwanie.”

Nie wiem jak inni, ale ja nie miałbym nic przeciwko temu i na pewno więź nie byłaby zerwana. Jest mi to zupełnie obojętne co mi pomoże, byle tak się stało. Pewnie znalazłoby się wiele osób, które z ironicznym uśmieszkiem na twarzy, pomyślałoby – „jaka ona tam chora? Ubzdurała sobie i tyle.” A niech sobie myślą co chcą, i chyba dla każdego chorego ważne jest to, jak się czujemy.


Czytając dalej dowiadujemy się, że niejaki Kaptchuk, w celu wyeliminowania oszukiwania pacjentów, prowadził badania nad „uczciwym” placebo, gdzie pacjenci byli o wszystkim informowani. Co się okazało? „Uczciwe” placebo sprawdziło się równie dobrze jak to ukryte. Niemożliwe? Tak, ja też nie jestem do tego przekonana, ale kto wie co potrafi nasz umysł? Jako ciekawostkę wspomnę jeszcze o pewnym człowieku, jeżdżącym na wózku, cierpiącym na nieustające bóle. Z czasem (bo przecież nie od razu) zdiagnozowano u niego boreliozę. Rozpoczęto intensywne leczenie po którym, jak sam powiedział – „sprawiały, że na zmianę chciałem zabić siebie albo pozabijać innych”. Bolingbork, bo o nim mowa, powolutku zaczął odstawiać leki, zastępując je pigułkami własnej produkcji. Było to tylko placebo. Zadziałało. Wierzyć się nie chce, prawda? Ja też nie bardzo wierzę i chyba to jest główny problem, brak wiary. Brak wiary w coś, w lek, ziółko, inną terapię, nawet bardzo alternatywną i wątpliwą z medycznego punktu widzenia, brak wiary w lekarza.

No właśnie, brak wiary w lekarza.

„- Przedtem lekarze wiedzieli, że okazywanie troski jest dla pacjenta ważne i że to oni sami są czynnym składnikiem terapii. Dziś liczą się tylko liczby i leki, nic więcej.”

Myślę, że i dzisiaj jest wielu lekarzy, którzy to wiedzą. Napiszę, że nie tylko myślę ale i wiem to z własnego doświadczenia. Warto pamiętać, że nawet wobec dobrych chęci, bywają często mocno ograniczeni odgórnymi zarządzeniami, papierologią, a nader wszystko czasem! Z drugiej strony, podobnie jak w każdym zawodzie, są różni ludzie, warto więc znaleźć takiego lekarza, do którego ma się pełne (lub prawie) zaufanie.

„Medycyna stała się koszmarnie techniczna.”

„W Stanach Zjednoczonych „lekarze stali się częścią medycznej linii montażowej”, mówi Bill Eley, prodziekan Akademii Medycznej Uniwersytetu Emory w Atlancie.”

W dalszej części książki autorka porusza jeszcze wpływ innych terapii alternatywnych na stan naszego zdrowia, szczególnie w pojęciu holistycznym. Wynikać z tego może jedno, jeśli pomagają ci jakieś „czary mary” to skorzystaj, byle rozważnie i nie dając się naciągać na koszmarne wydatki. Chociaż w tym ostatnim i tak koncerny farmaceutyczne i różne małe firmy są mistrzami. Warto też być wyjątkowo rozważnym w przyjmowaniu „mikstur” o niewiadomym składzie, na przykład wywar z lisich pazurów, jaj zająca i oczu węża… może być szkodliwy dla twojego zdrowia. ;)

Zamiast własnego podsumowania dłuższy cytat z książki:

„Nauka, do której odwołuję się w tej książce, pokazuje, że zamiast pokładać wiarę w mistycznych obrzędach i praktykach, możemy wpłynąć na swoje zdrowie poprzez wykorzystanie (świadomej i nieświadomej) siły umysłu. Jeżeli czujesz, że terapia alternatywna sprawdza się w twoim przypadku, moim zdaniem nie ma potrzeby, abyś ją porzucał, zwłaszcza jeśli medycyna konwencjonalne nie zapewni ci tego samego. Bądź jednak krytyczny w stosunku do porad udzielanych przez terapeutów specjalizujących się w medycynie alternatywnej. Doceniaj swoje ciało i mózg. Pamiętaj, że niekoniecznie to mikstury, igły albo gest dłońmi sprawiają, że czujesz się lepiej. Weź pod uwagę, że są to jedynie sprytne sposoby rozbudzenia twoich możliwości, pozwalające ci wpływać na twoją własną fizjologię tak, aby łagodzić objawy i chronić cię przed chorobami.”

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *